Dzień drugi – Cel w zasięgu

Część druga mojego szlaku była równie ciężka jak pierwsza, ale nie o tym jak ciężko jechało się ponad 150 km pod wiatr bo przecież dobrze wspominam ten wyjazd. Musiałem sobie coś udowodnić. Kupiłem rower szosowy, co prawda nie jest to klasyczna „szosa”, ale do czegoś zobowiązuje. Jedni starają się jeździć 5 godzin bez przerw, inni osiągać średnią prędkość na pułapie 30km/h, ja natomiast patrze na dystans i chce ciągle go zwiększać… Tak wiem jest to błędem, ponieważ jest dużo ważniejszych kwestii na których warto byłoby się skupić niż długość naszej trasy, chociażby puls. Przyznaje się „bez bicia”, że pulsometru jeszcze nie posiadam, aczkolwiek planuje w przyszłości takowy nabyć, a jak to nastąpi na pewno się o tym dowiecie. Wracając do mojego mini „tour the Pologne” zaczynajmy:

Grudziądz godzinka około 9:20 zbieram się do wyjazdu i… Pada ale nie tak, że kropi. Lunęło jak z wiadra. Dosłownie 20 metrów przed hotelem, całe szczęście że miałem się gdzie schować. Założyłem płaszcz przeciwdeszczowy i ruszyłem. Popadało jeszcze 10 minut po czym wystrzeliłem spod daszku napędzany porannym entuzjazmem.

Pierwsze odczucia? Hmm jedzie się na prawdę dobrze. Po mieście nie ryzykowałem trzymałem się „rowerówek”, tym bardziej spora ilość zakazów mnie do tego nakłoniła. Przejechałem około 5 km zza chmurek wyszło słoneczko, zrobiło się naprawdę ciepło, ale co to… licznik zaczął mi się odkręcać z kierownicy. Od tych wszystkich wczorajszych „wertepów” poluzowała się śrubka przytrzymująca go w odpowiedniej pozycji. Tak więc wymuszona krótka przerwa na załatwienie sprawy i ruszam dalej.

W tym niespełna stu tysięcznym mieście (porównywalnym do Włocławka) mają naprawdę piękne bulwary i dobrze przemyślaną nadwiślaną trasę dla fanów dwóch kół. Most także robi wrażenie. W tym miejscu królowa Polskich rzek jest naprawdę szeroka. Cytując Wikipedię „Najdłuższy most drogowo-klejowy w Polsce”.

Most im. Bronisława Malinowskiego w Grudziądzu
Most im. Bronisława Malinowskiego w Grudziądzu

To nie wszystko! Kawałek dalej ukazał się zamek. Jak ja uwielbiam Polskie zamki, niestety nie miałem za dużo czasu żeby go zwiedzać. Nie chciałem przecież być w Gdańsku o godzinie 21 tylko wcześniej. idąc ówczesnym tokiem myślenia plan przewidywał godzinę 17stą.

zamek Grudziądz
zamek Grudziądz

Podążając dalej tym szlakiem wyjechałem z Grudziądza w kierunku Kwidzyna pierwszego planowanego postoju w tym dniu. Nie mogę sobie przypomnieć niczego z tego etapu wycieczki, może dlatego że nie działo się nic fascynującego z oczu „straciłem” Wisłę, zostałem tylko ja i mój rower. No dobra jeszcze kierowcy tirów którzy uprzykrzali mi życie albo może ja im… Droga krajowa nr 55 była naprawdę dobra w porównaniu z szosami dnia ubiegłego jak autostrada, jednak opór powietrza był i to duży. W tym momencie byłem pełny optymizmu, stan licznika natomiast około 40km.

Fontanna Kwidzyn
Fontanna Kwidzyn

Parę kęsów drożdżówki, banan i snickers, jedziemy dalej. Pogoda była ładna, temperatura jeszcze lepsza, zero skurczy, no własnie przez cała podróż totalne 0 jestem w ciężkim szoku. Chyba te elektrolity naprawdę coś dają – stwierdziłem. Z biegiem drogi niebo zaczęło nachodzić chmurkami żeby w połowie drogi do malborka lunął deszcz. Jak cudownie się złożyło w środku niczego (dokoła tylko pola i małe laski) znalazł się przystanek, w dodatku zadaszony. Lepiej być nie mogło.

 

No dobra myślę sobie limit szczęścia na dziś chyba się kończy. Miałem rację. Około 10 km przed Malborkiem ponownie przeszedł tajfun. Braki w wyposażeniu, mam na myśli błotniki, tak te kawałki plastiku, które wtedy wiele by pomogły, spowodowały (a raczej ich brak) iż pomimo, że byłem chroniony od deszczu z góry, dopadł mnie innymi sposobami… Temperatura też spadła o jakieś 3-4 stopnie, a byłem przemoknięty. Można się domyślić, że w połączeniu z wiatrem nadało to dość niekomfortowe warunki dalszej podróży. Jest 90km i pierwsze zwątpienie. Jest pomysł! Tylko ciepły posiłek postawi mnie na nogi.

Restauracja Malbork
Restauracja Malbork

Na miejscu porozmawiałem chwilę z kelnerem w tej knajpce. Pytał mnie skąd jadę, czy rower drogi bo tak co chwilę na niego spoglądam za okna. Odpowiedziałem „Drogi, nie drogi stracić bym nie chciał”. Pomimo że był przypięty i tak czułem się niepewnie, dopiero po jego przekonaniach, że w owe miejsce gdzie stoi moja „maszyna” spogląda kamera miejska i nikt nie byłby na tyle głupi żeby go stąd ukraść poczułem spokój i mogłem się „wyłączyć”. Jedzonko naprawdę dobre. Na myśl przychodzi mi tylko jedna ciekawostka, jaki ten świat jest mały. Wujek tego Pana który podawał mi posiłki jest ponoć biskupem naszej Włocławskiej parafii.

Dalsza część już niestety bez zdjęć. Skupiłem się na jeździe. Zmęczenie dawało się we znaki a trasa zaczęła się dłużyć. Baterii w telefonie znowu zabrakło mniej więcej w tym momencie, dorysowałem natomiast jak w przybliżeniu wyglądał szlak:

trasa na Gdańsk
trasa na Gdańsk

Przed samym Gdańskiem od Wschodu rozczarowało mnie jedno. Brak drogowskazów w którą stronę ile jeszcze drogi itp. Miałem kryzys, prowadziłem rower „na pieszo” było mi po prostu lżej. Mięśnie (te od jazdy) po prostu się zużyły, po chwili jednak wsiadłem z powrotem przeklinając też wątpliwą przyjemność siedzenia na siodełku. To był mój limit. Życzliwość ludzi jednak tym razem pomogła, każda zapytana przeze mnie osoba wskazywała drogę mniej lub bardziej dokładnie. Wjeżdżając do Gdańska nie zdawałem sobie sprawy, że muszę jeszcze znaleźć osiedle Morena i konkretny adres bez nawigacji. Nie było łatwo, mieszkańcy nie znali takiej ulicy dopiero jedna osoba na moją prośbę, odnalazła punkt docelowy w „google maps”. W samym mieście zegarek wskazywał 19:00, na miejscu byłem godzina 20:30. Jednego byłem pewny. Wracam pociągiem.

Podziel się, jeśli chcesz:
0
  • Fajna wyprawa. Ja jeszcze nigdy nie pojechałem na więcej niż jeden dzień i też bym wrócił pociągiem. Życzę powodzenia w dalszych wycieczkach.

    • finitionek

      Dzięki wielkie. Z powrotem byłoby z wiatrem aczkolwiek zakwasy mnie pokonały.

  • Kiedyś sporo zwiedzałam właśnie na rowerze pokonując niewielkie odległości, bardzo miło wspominam tamte czasy. 🙂
    Bookendorfina